Miałem stosy, miałem pełne worki 
Rymów męskich, żeńskich i nijakich;
Rozsypały mi się jak paciorki,
Rozleciały się jak leśne ptaki.
Miałem rytmy posłuszne mej dłoni,
Miałem lotne, wesołe pomysły -
Pogubiłem je i nic już po nich.
Jak deszczowy krople się rozprysły.
Miałem lata młode i beztroskie,
Prawdę mówiąc - wszystkie były młode;
Dziś, jak lalki powleczone woskiem,
Imitują dawną swą urodę.
Miałem w życiu dziewcząt niezbyt dużo,
Ale cóż to były za dziewczęta!
Już się takie nigdy nie powtórzą,
Już ich nie ma. A ja je pamiętam.
Nie spostrzegłem, jak się postarzałem,
Nie te siły już i rzutkość nie ta,
Wkrótce życie weźmie rozbrat z ciałem,
Ale w głowie - wciąż raj Mahometa.


W moim pustkowiu
Chmury z ołowiu
Nade mną wiszą.
Dal mimowolna
Leśna i polna
Oddycha ciszą.

Śnieg, co polata,
Pada jak wata
Na rany ziemi.
Jakże zagoję
Rozpacze moje?
Boże, jak źle mi!

Mróz w białej komży
Po drogach krąży,
Srebrzy i boli -
Już się ukorzę,
Użal się Boże
Mojej niedoli.