Czas już zacząć umierać z humorem. Niepotrzebnie tak na mnie
patrzycie,
Świat. moi mili, nie kończy się przecież na jednym człowieku,
Dla niego - owszem, na pewno. Lecz każde dzisiejsze życie
Urwać się musi jak moje przed końcem jednego wieku.
Za sto lat nikt już nie przetrwa spośród trzech ludzkich miliardów,
Które dziś myślą i cierpią. A tych zaś, co umierają,
Zastąpią inni. I oni też wpadną w sidła hazardu,
By rozstrzygnąć pytanie, czy wpierw była kura, czy jajo.
Mnie już nic a nic nie obchodzi. Ja już jestem poza tym;
Skończyły się wszelkie problemy, wątpliwości i troski;
Przez niedomkniętą powiekę dostrzegam nicość nad światem,
A w głowie mam dawne miłostki i podobne błahostki.
Zasunięto w oknach kotary, zatrzymano zegary
I duch mój powirował w stronę wirujących stolików:
O, teraz już nikt z was nie powie o mnie, że jestem stary -
Ja teraz jestem najmłodszy. Najmłodszy wśród nieboszczyków.
Jeszcze śnieżne wichry wiały,
A już mróz był niebywały.
W żyłach krew płynęła chłodna,
Lód na rzekach sięgał do dna,
Ognie w lampach zapalone
Gasły mrąc pod srebrnym szronem,
Drzewa z chłodu śród ogrodu
Przejrzyściały pniami lodu,
A dziewczęta przez ulice
Szły jak sine topielice.
Święci stali zamarznięci
Mając Boga w niepamięci,
Aż wyciągnął Bóg w ich stronę
Prawie ramię odmrożone.
Tylko wróbel mrozu nie czuł
I gdy zapadł wczesny wieczór,
Zaniósł Bogu w tajemnicy
Śnieżny puch do rękawicy.