Jeszcze śnieżne wichry wiały,
A już mróz był niebywały.
W żyłach krew płynęła chłodna,
Lód na rzekach sięgał do dna,
Ognie w lampach zapalone
Gasły mrąc pod srebrnym szronem,
Drzewa z chłodu śród ogrodu
Przejrzyściały pniami lodu,
A dziewczęta przez ulice
Szły jak sine topielice.
Święci stali zamarznięci
Mając Boga w niepamięci,
Aż wyciągnął Bóg w ich stronę
Prawie ramię odmrożone.
Tylko wróbel mrozu nie czuł
I gdy zapadł wczesny wieczór,
Zaniósł Bogu w tajemnicy
Śnieżny puch do rękawicy.
Czekam dzisiaj na ciebie. Czy ty wiesz, co to znaczy
Na ciebie, miła, czekać, jak ja - nadaremnie?
Nie ma gorszego smutku i większej rozpaczy,
I męki, co jak płomień przepływa przeze mnie.
Minuty i sekundy oczy moje liczą.
Jest ich wiele. Godzina mija za godziną.
A ja czekam i serce zatruwam goryczą.
I łzy niepowstrzymanie po twarzy mi płyną.
Już nie przyjdziesz, nie przyjdziesz! Spełniłaś tę zbrodnię,
Która mnie tak okrutnie przybliż do grobu.
Obok snują się twarze, mijają przechodnie...
Ciebie jednej nie widać! I nie ma sposobu.
Zaraz, wyjdę, pobiegnę.... Może cię dopadnę
Za węgłem, na ulicy i gniewem ogłuszę:
I ręce ci wykręcę, ręce takie ładne,
I będę wniebogłosy przeklinał twą duszę.
Nikczemna! Znowu we mnie obudziłaś zwierzę,
A ja tego żałują i wstydzę się później.
Już korzę się przed tobą, u stóp twoich leżę,
A jeszcze się buntuję, złorzeczę i bluźnię.