Jeszcze śnieżne wichry wiały,
A już mróz był niebywały.

W żyłach krew płynęła chłodna,
Lód na rzekach sięgał do dna,

Ognie w lampach zapalone
Gasły mrąc pod srebrnym szronem,

Drzewa z chłodu śród ogrodu
Przejrzyściały pniami lodu,

A dziewczęta przez ulice
Szły jak sine topielice.

Święci stali zamarznięci
Mając Boga w niepamięci,

Aż wyciągnął Bóg w ich stronę
Prawie ramię odmrożone.

Tylko wróbel mrozu nie czuł
I gdy zapadł wczesny wieczór,

Zaniósł Bogu w tajemnicy
Śnieżny puch do rękawicy.


W nocy zbudziłem się - grają organy!
Ciemność napełnia mnie, stoję wezbrany,
Pienię się, pienię się gniewem i winem,
Okna otwórzcie mi - niech już odpłynę!

W niebie napięte są struny płomienne,
Do nich przedzieram się w noce bezsenne,
Do nich przedzieram się pieśnią w obłędzie,
Ręce złamane mam! Rąk już nie będzie!

Liryka, liryka - gorycz w piołunach,
Rwijcie się, wijcie się dźwięki na strunach,
Obłęd wyzwolił mnie, w gędźbę przetopił,
Muzyka! Muzyka! Nicość i popiół!